Przetłumaczyłem w całości artykuł
Ronalda Bleier(a) widząc w nim wiele spraw które nie sądzę że
potrafiłbym przedstawić lepiej. Artykuł jest dosyć stary ale nie
stracił na aktualności.
Ronald Bleier jest Żydem którego poniższy
artykuł mógłby postawić w towarzystwie
rodzaju Alfreda Lilienthala, Noam Chomskyego, Israela Shahaka,
Finkelsteina, Israela Shamira i wielu innych, u
których
odpowiednie dozy pobranej wiedzy jesziwa, zaobserwowanych zjawisk oraz
własnej
inteligencji stworzyły materiał w rodzaju prochu strzelniczego,
którego Żydzi
nie chcą trzymać pod własnym dachem. Z drugiej strony, ponieważ
historia nie
jest wszystkim obca a pamięć nawet w
ramach jednego pokolenia jest lepsza niż by sobie tego życzono
nie-Żydzi maja podstawy do tego żeby
być nieufnymi. Jest to sytuacja
która prowadzi do tego, że dopiero po jakimś czasie można
stawiać pomniki, -
np.
Hitlerowi w Izraelu za uratowanie Judaizmu przed rozpłynięciem się w
nicość i stworzenie państwa Izrael, chrześcijanom za rozpowszechnienie
na całym
świecie wieści o Judaiźmie a ostatnio nawet jego
intensywne propagowanie, lub temu rodzajowi lilienthali czy
szahaków, którzy narażając się
mocno swojej nacji nawołują ją do opamiętania się.
Zjawisko michnicyzmu we współczesnych nam czasach, sadze, że
jest w Polsce znane.
Mniej znane w ogóle jest to, że jest wielu indywidualnych
Żydów i całych żydowskich organizacji potępiających Syjonizm w
bardzo ostry sposób. Plakaty, artykuły w prasie izraelskiej
łącznie z transparentami na których ubierają swoich rządowych
oficjałów hitlerowskie mundury jest wyrazem dezaprobaty i
zjawiskiem prawie codziennym w Izraelu. Jednak daleko większym toboo
wśród Żydów jest krytyka żydowskiej siły i jej
oddziaływania niż krytyka polityki Izraela, czy nawet wołanie o
zlikwidowanie państwa Izrael. Oczywiście nie-Żydzi szczególnie
ci na „stołkach” są tak już wytresowani że na cos takiego czy na
jakąkolwiek krytykę nie odważyliby się.
W czasie kiedy w Izraelu i na świecie nie ustają protesty przeciwko
polityce Izraela i ostra krytyka rządu Izraela łącznie z krytyką rządu
USA, w Polsce, która jest na drodze do „prawdziwej” demokracji
jest inaczej. Prokurator w Sądzie Okręgowym w Białymstoku , Wojciech
Michalczuk zażądał 2 i jednego roku kary bez zawieszenia dla
dwóch oskarżonych, których policji udało się
zidentyfikować, za udział w proteście w obecności Ambasadora Izraela
Szewacha Weissa. Protest trwał bardzo krótko w formie
gwizdów oraz pokazania transparentu z napisem „Abasador
morderców”, „Stop żydowskim interesom”. „Nic nie mówili,
nie krzyczeli, tylko głośno gwizdali. Po minucie przez nikogo nie
zatrzymywani wyszli” – napisała Gazeta Wyborcza” (12.12.03).
Prokurator Michalczuk stwierdził: - „Można głosić swoje ideologie, ale
muszą być poszanowane pewne granice, także te prawne.” Granice „prawne”
skundlenia się Prokuratora Michalczuka wydają się jednak być
nieograniczonymi.
W Izraelu jeśli za tego rodzaju protesty wsadzanoby do wiezienia, duży procent
obywateli
Izraela bylby już za kratkami, nie mówiąc już o znacznie wyższej
liczbie w USA.
Tytuł artykułu Bleiera wskazuje na ograniczony zakres tematu.
Trudno mi dociekać dlaczego Bleier, obserwując w szerokim kącie
widzenia, ograniczył zbieżność tylko
do USA i Izraela.
Przeprowadzenie wydarzenia takiej
magnitudy
jak zamordowanie Prezydenta USA i jego brata oraz pozostawienie tego
bez
winnych (do tego to sprowadziło się) nie mówiąc już o George
Kennedym nie mogło
być osiągnięte bez splatających się wspólnych interesów
które są ponad
państwowe. Przeprowadzenie wydarzenia
takiej magnitudy jak sprawa zawalenia się wieżowców WTC w Nowym
Yorku i sukces
w przekonaniu społeczeństwa o tym że był to wyczyn jakiejś organizacji
muzułmańskiej nie byłby możliwy bez współdziałania w realizacji
wspólnych
interesów wewnątrz państwi
kierowanych
przez nie najbardziej wyspecjalizowanych służb specjalnych nie tylko
USA i
Izraela.
Zastanawianie się nad tym czy pies macha ogonem czy ogon psem jest potrzebne, ale nie zauważanie tego kto, jak i przy pomocy czego macha jednym i drugim jest wynikiem przytępionego wzroku lub obawą przed coraz bardziej specjalizującymi się mackami o zasięgu ponad państwowym.
"Jeśli ta partia wojny da rade urzeczywistnić wojnę permanentną może to znaczyć ustanowienie permanentnych władców i koniec demokracji i koniec republiki." - pisze Bleier. Kim mają być ci władcy Bleier nie mówi.
Być może, że opanują siłą Ameryki pół świata, na razie, ale wcale to nie znaczy że władzę będą posiadać Amerykanie. Może to się jednak tak nazywać do jakiegoś czasu.
Wojciech Właźliński
11.XII.03>
Aktywista Ali Abunimah wymienia trzy możliwości w których
Izrael
mógłby
zyskać na wojnie w Iraku. Pierwsza, wyeliminowałoby Irak jako
potencjalnego
rywala. Druga; dzięki spotęgowaniu istniejących już głębokich animozji
pomiędzy Arabami a
amerykańskim społeczeństwem" wojna
w Iraku (byłaby) dobrą rzeczą dla Izraela. Trzecia wojna U.S. z
Irakiem
mogłaby dać rządowi Ariela Sharona zasłonę do eskalacji miażdżących sił
przeciwko Palestyńczykom łącznie nawet z być może masowym wyrzucaniem
Palestyńczyków z okupowanych terenów.
("Tesknota
do IV Wojny Światowej: Izraelskio- Irackie koneksje" 3 październik,
2000. "Elektroniczna
Intifada." "Yearning for World War IV: The
Israeli-Iraq connection," October 3, 2000, The Electronic Intifada)
Główne osoby w administracji Busha są udokumentowanymi poplecznikami Izraela i stronnikami zmiany reżimu w Iraku, wśród nich: Vice Prezydent Dick Cheney, Secretary of Defense, Donald Rumsfeld, Deputy Secretary of Defense Paul Wolfowitz, Undersecretary of Defense for Policy, Doug Feith, Under Secretary, Arms Control and International Security, John R. Bolton, senior director on Middle Eastern affairs on the National Security Council, Eliot Abrams.
Te i inne osoby w administracji są promotorami izraelskiej partii Likud
oraz
superjestrzębiego premiera - Ariel Sharona. Bronią wycofania się z
ustępstw jakie uczynił Izrael w ramach martwego
już Oslo Accord (1993). W lipcu 2002
Sekretarz Obrony Rumsfeld publicznie odniósł się do "tak zwanych
okupowanych terenów" i wyraził, że skoro Izrael wygrał je w
czasie kiedy
nalegał na sąsiadujące kraje do nie mieszania się w wojnę a wiec nie
jest
zobowiązany do ich zwrotu.
Wpadki 9/11 (WTC) dały jastrzebiom administracji
"Pearl Harbor" co pozwoliło na zrealizowanie istniejących już od
dawna żądań zmiany reżimu w Iraku. Tamte plany sięgają wstecz do
neokonserwatystów, którzy propagowali konieczność
usunięcia Saddama Huseina
zaraz po pierwszej Wojnie w Zatoce (Gulf War). Wielu z tych
konsewatystów było liberałami,
ktorzy zdryfowali na prawo kiedy Partia Demokratów przesunęła
się w
lewo do
antywojennej McGovernite co spowodowało obawy o Izrael w wyniku takiej
zmiany.
Naukowiec z dziedziny polityki Benjamin Grinsberg przedstawil to w ten
sposób:
"Jednym głównym elementem, który wciągnął ich
zdecydowanie w prawo było
ich związanie z Izraelem ich wzrastająca frustracja w latach
sześćdziesiątych w
związku z Partią Demokratów która coraz więcej
sprzeciwiała się amerykańskim
militarnym przygotowaniom z równoczesnym rozbrajaniem racji
Trzeciego Świata,
(Prawa Palestyńskie). W czasach Reagana, prawicowych twardych
antykomunistycznych przekonaniach w kierunku budowania militarnej siły
i
gotowość interweniowania militarnie i politycznie w sprawy innych
państw,
neokonserwatyści widzieli ruch gwarantujący bezpieczeństwo Izraela.
(Stephan
J.Sniegocki, także podobna analiza Buchanan)
Permanentna wojna: Osobny program U.S.
Dodatkową sprawą poza służeniem Izraelowi jest osobne ale zbieżne w
interesach zainteresowanie U.S. w wywołanie wojny przeciwko Irakowi,
mianowicie, propagowanie przez administrację Busza programu wojny
permanentnej. Polityka wyprzedzania, administracji Busha, reprezentuje
radykalne odstępstwo od przeszłości i zerwanie z nią. Nowa, National
Security Strategy, ogłoszona we wrześniu 2002, wraz z zapierającym dech
uzasadnieniem wyprzedzającej militarnej akcji reprezentuje rewolucyjne
zerwanie z 50-cio letnią amerykańską polityką i podnosi kwestię
wątpliwego zaangażowania rządu w sprawie bezpieczeństwa własnego kraju.
Jest prawda, że U.S. były zaangażowane w wyprzedzającą militarną akcję
w przeszłości, ale nigdy to nie było przyjętą zasada polityki, także
nie było to tak głośno propagowane w warunkach szeroko widocznej
opozycji. Jak już wielu zauważyło, wojna z Irakiem raczej sprowokuje
nasilenie terroryzmu zamiast odstraszyć od niego i być może nawet
sprowokuje następny w stylu 9/11 atak w Ameryce. Z tego i innych
powodów sugeruje to przeświadczenie, że bezpieczeństwo
Amerykanów nie jest sprawa priorytetu tego rządu. Widoczny brak
zainteresowania w narodowe bezpieczeństwo może tłumaczyć prezydenckie
weto dla $39 milionów dla Port Container Security i obcięcie
więcej niż miliard z już przyznanej sumy na lokalną policję i straż
ogniową, - wg. źródeł partii demokratycznej.
( zobacz:
http://www.house.government.appropriations_democrats/caughtonfilm.htm
Jak jest to możliwym, żeby rząd U.S. nie był zainteresowany a nawet
antagonistycznie nastawiony do sprawy bezpieczeństwa swoich obywateli?
Odpowiedzią jest, że Ameryka już żyje w Orwellowskim świecie w
którym liderzy wiedzą, że następny w stylu 9/11 atak może bardzo
dobrze popchnąć ich wewnętrzny program jak również
międzynarodową ideę permanentnej wojny. W klimacie zemsty strachu że
taki atak może nastąpić, następny Patriot Act, który już
przeciekł do prasy, wyjawi listę priorytetów administracji
Busha, które spotkają się z minimalną lub żadna wewnętrzną
opozycją.
Jak zauważono powyżej, rdzeniem neokonserwatywnej filozofii jest
przylgnięcie do amerykańskiej militarnej siły i pragnienia użycia siły
jako głównej opcji. Pod przewodnictwem Prezydenta George W.Busha
U.S. wypracowały sobie uwolnienie się z powściągliwości i
wielokierunkowości i dąży do wojny za wojną. Dziennikarz New York Times
Paul Krugman uznal, że wojna przeciwko Irakowi jest tylko "pilotażowym
przedsięwzięciem" ( "Things to
Come" 18 marzec 2003 ) Jeśli okoliczności pozwolą będą starać
się wszcząć wojnę z Północną Koreą i Iranem - inne skrzydło osi
diabła. Później poczynią starania w celu zmiany reżimu w
niektórych lub wszystkich krajach - wrogach Izraela, łącznie z
Syrią, Lebanonem i Libią. W drugim tygodniu wojny Rumsfeld skarżył się
publicznie, że Syria wysłała do Iraku militarne materiały łącznie z
noktowizorami, dając do zrozumienia, że atak na Syrię może być zwykłym
naturalnym rozgałęzieniem wojny. Biały dom nie polemizował z tym
stwierdzeniem.
Wygląda na to że kierujący rządem U.S. są przekonani w tym, że w
sytuacji istnienia ogromnej militarnej siły U.S i braku przeciwstawnej
siły U.S. może operować najbardziej efektywnie w atmosferze
konfliktowej i anarchicznej polityki okresu George W.Busha. Jest to
podobne do nie sprowokowanej agresji jaką świat obserwował w czasach
Hitlera, Napoleona, Aleksandra Wielkiego i innych, którzy
wkroczyli w świat z armia nie mającą sobie równej, czy nawet
podobnej. Charakterystyczna cechą "orkiestry" Busha jest brutalny
cynizm w porównywaniu Husseina do Hitlera kiedy to właśnie oni
swoja siła, swoim zdeterminowaniem do wojny za wszelką cenę, swoim
zagrożeniem dla światowego pokoju i bezpieczeństwa, najbardziej są
upodobnieni do Hitlera.
Rząd U.S. jest zainteresowany wojną między innymi ponieważ daje mu ona
możliwość użycia i testowania najbardziej technicznie zaawansowanych
broni, łącznie z bronią nuklearną. Jeszcze od czasów
administracji Reagana usiłowali odsunąć broń nuklearną ze strefy broni
odstraszającej do strefy broni do faktycznego użycia. Obecna
administracja przełamała już główne bariery administracyjne
utrudniające taki transfer i otworzyła drogę do faktycznego jej użycia.
Ogłosili, że w określonych okolicznościach użyją broń nuklearną nawet
przeciwko krajom które jej nie posiadają. ( Zobacz: "U.S. obniżył barierę dla użycia
szczytowej broni"- "The Nuclear Option in Iraq: The U.S. has lowered
the bar for using the ultimate weapon," William M. Arkin, Los Angeles
Times, 1.26.03
http://www.latimes.com/news/nationworld/nation/wire/la-op-arkin26jan26.story
Wmieszanie wojny permanentnej w program administracji Busha wykracza
ponad intencje reorganizowania środkowego wschodu w celu przypodobania
się Izraelowi. Logicznym celem tej polityki jest wojna z Rosją i
Chinami które uważają za swoich potencjalnych rywali. Czyli,
dążą do wojny przeciwko całemu światu. Chcą V W.Ś. po wygraniu III W.Ś
przeciwko terroryzmowi i IV W.Ś. przeciwko islamskiemu militaryzmowi.
Interesującym jest obserwacja do jakiego stopnia świat pozwoli na
realizowanie ich celów. Noam Chomskey zauważył, że ich
determinacja w kruszeniu wszystkiego co uważają za potencjalne
zagrożenie dla mocy U.S. stanowi - "poważne zagrożenie" i może nawet
prowadzić do - "zniszczenia żywych organizmów"("extinction of
the species.") ("Deep Concerns,
March 20, 2003, distributed over the internet by Znet.)
Wyniszczenie rodzaju ludzkiego (human species) może być zbyt ambitnym
planem nawet dla tych super jastrzębi, ale obawy Chomskyego sa
poważnymi obawami. Zagrożenia ocieplenia globu, ograniczonych
zasobów geologicznych i napięć politycznych jakie to generuje są
wskaźnikami ogromnej presji na współczesną technologiczna
cywilizację i recepta globalnej wojny reżimu Busha może tylko
przyspieszyć nadejście dnia sądnego.
Jest zupełnie widocznym, że plan wojny neokonserwatystów jest
pełen sprzeczności i w ostatecznej sekwencji samobójczy, nie
mówiąc już o tym że jest lekkomyślny i nieodpowiedzialny. Trzeba
jednak zauważyć, że każdy polityczny program ma swoich
zwycięzców i przegranych a naszym celem jest rozważenie
konsekwencji jakie niesie za sobą program wojny permanentnej. Przede
wszystkim, jest to wysoce obiecująca droga do re-elekcji i zdobycie
permanentnej władzy. Tak jak podbudowywanie stopni do wojny z Irakiem
dominowało wybory w 2002 tak teraz wojna z Irakiem kontynuuje spychanie
na niewidoczna scenę wiele wewnętrznych i ekonomicznych spraw
które w innych okolicznościach byłyby sprawami najwyższej wagi.
Wojna dzieli opozycję i stawia ją na pozycję w której musi
odpierać ataki. Co więcej, kiedy państwo jest w stanie wojny sprzyja to
kultywowaniu wewnętrznego szowinistycznego planu prawicowców.
Pękający już w szwach budżet na militarne sprawy został zatwierdzony z
dobrymi podstawami na to że otrzyma więcej. Obserwujemy ograniczenia na
sprawy socjalne, ogromne ulgi podatkowe dla najbogatszych, wykolejenie
programu kontroli środowiska oraz atak na cywilna wolność. Jeśli ta
partia wojny da rade urzeczywistnić wojnę permanentną może to znaczyć
ustanowienie permanentnych władców i koniec demokracji i koniec
republiki.
Wojna o ropę czy o imperializm? Nie zupełnie.
Podczas gdy ogromne pokłady ropy w Iraku są bardzo ważną sprawą i jeden z kontraktów na odbudowywanie irackiej struktury olejowej oddano w ręce Halliburton i niewątpliwie więcej kontraktów pójdzie w amerykańskie firmy, jest nieporozumieniem sądzenie że jest to "wojna o ropę". Cyfry tłumaczą część tej sprawy. Chociaż pokłady irackiej ropy są drugie co do wielkości po Arabii Saudyjskiej Irak reprezentuje tylko 3% światowego wydobycia. Potrzeba 10-ciu lat i oceniając w przybliżeniu $40 miliardów aby doprowadzić do wydobycia 6 milionów baryłek dziennie (podwójne wydobycie z okresu poprzedzającego rok 1991). W okresie dziesięciu po-wojennych lat całkowity zysk z eksportu ocenia się na $300 miliardów a wiec mniej niż $350 miliardów kosztów wojny oraz 5 lat utrzymywania pokoju. Koszty odbudowywania Iraku w ciągu 10 lat ocenia się na $400 miliardów. W obecnej sytuacji jest bardziej niż prawdopodobnym, że całość dochodu ze sprzedaży irackiej ropy zostanie przeznaczona na odbudowywanie Iraku zamiast na pokrycie kosztów poniesionych przez U.S. w wyniku wojny. (Donald F. Hepburn, "Is It a War for Oil," Middle East Policy, Vol X, No. 1 Spring 2003; see also "Iraq oil, the reality," Dilip Hiro, Middle East International, 10 January 2003) Podobnie, twierdzenia, że jest to wojna o ropę mija się z prawdą i że jakkolwiek niemoralną ona jest ale przynajmniej zapewnia dostęp do ważnego źródła także. Zanim przystąpiono do wojny U.S. otrzymywały ropy od Iraku ile tylko chciały a wojna tylko ograniczyła ten napływ i nie wykluczone że może także ograniczyć od innych dostawców. Najlepszym sposobem zabezpieczenia ropy środkowego wschodu było poważne zabranie się do rozwiązania konfliktu izraelski-palestyńskiego oraz dążenie do uniknięcia wojny za wszelką cenę. Główny architekt tej wojny - Paul Wolfowitz był cytowany: " Jeśli my nie będziemy wypełniać naszych pryncypiów to nie będziemy służyć narodowemu interesowi." On wierzy, że wojna z Irakiem wygeneruje więcej demokracji na środkowym wschodzie i że: "dążenie do w ustanowienia samorządnej struktury Iraku działa na korzyść U.S." ("First Stop Iraq," Time Magazine, 3.31.03) Trudno zrozumieć jak uznawany za zdolnego Wolfowitz może w ogóle wierzyć w taki śmieć, ponieważ wiadomo wszystkim że demokratyczny środkowy wschód działałby przeciw interesom Izraela. Być może taka mowa jest sposobem tworzonym przez kreatorów politycznego programu na przekonanie samych siebie o słuszności swojego programu. W każdym razie powinno być jasnym, że Busha polityka wojny nie jest racjonalnym sposobem rozwiązywania problemu ograniczonych i cennych źródeł i ma niewiele wspólnego z rozwiązywaniem rzeczywistych światowych problemów. Jest to raczej ideologiczna, mesjanistyczna, wizja prowadzenia permanentnej wojny na drodze do niszczenia wrogów Izraela.Historia pokazuje że w rzeczywistym świecie hegemonia nigdy nie była wygrywająca wielka strategią. Przyczyna jest prosta. Podstawowym celem państw w międzynarodowej polityce jest przeżycie i utrzymanie swojej niezależności. Kiedy jedno państwo staje się zbyt silne staje się hegemonem - brak równowagi siły na jego korzyść staje się zagrożeniem dla bezpieczeństwa wszystkich innych państw. Tak więc w całej historii międzynarodowej polityki, powstawanie potencjalnego hegemona zawsze prowokowało formowanie się przeciwnego sprzymierzenia innych państw. (Sniegoski, op. cit)
Jako imperialistyczne mocarstwo U.S. niewiele więcej może sobie życzyć poza zmienieniem mapy środkowego wschodu w celu wyeliminowania wrogów Izraela. Ale, Izrael posiada wrogów ponieważ dominuje i represjonuje Arabów w celu utrwalenia izraelskiego państwa na terenie Palestyny. Jest możliwym, że ogromna siła militarna U.S. może pomódz w wymuszeniu izraelskiej ekspansji i realizacji planu "wielkiego Izraela". Jest to jednak bardzo niepewna perspektywa na dłuższą metę. Wybierając nie sprowokowaną agresję na wrogów Izraela U.S. wchodzą na drogę która wykracza ponad imperializm i prowadzi do światowej wojny i do Armagedonu.