SKAŁKA NIE DLA MIŁOSZA (II)
Sprawy nie wolno zamknąć
Znając plany złożenia trumny Czesława Miłosza na Skałce, wyraziłem poprzednio
swoje nadzieje, że przynajmniej opiekunowie Skałki – Zakon Paulinów,
odrzucą decyzje „nieznanych sprawców”, ucieleśnione w garści postaci
moralnie skorumpowanych, aczkolwiek nazywających się nawzajem „elitą”. Moje
nadzieje okazały się płonne.
Wiele z liryki a także prozy Miłosza podoba mi się. Miał on specyficzny talent
i nikt tego mu nie odbiera. Czy talent wystarcza, żeby spoczął w polskim
panteonie na Skałce, jak uważa Prymas, Glemp? Czy nie powinniśmy domagać
się czegoś więcej, co z dumą złożylibyśmy na Skałce?
Przynajmniej ja nie znajduję tego „czegoś więcej” w twórczości i postaci
Czesława Miłosza, co kwalifikowałoby do spoczęcia w polskim
panteonie. Znajduję natomiast wiele przeciw i uważam sarkofag Miłosza na
Skałce za manifestację kpin z Narodu i Kościoła katolickiego na forum międzynarodowym.
Pogrzeb obiektywności
Decyzjom „nieznanych sprawców” stało się zadość i 27 sierpnia 2004
roku sarkofag znalazł się na Skałce. Wydarzenie to poprzedziła msza żałobna
w Bazylice Mariackiej w Krakowie, którą odprawił ks. kard. Franciszek
Macharski.
Przekazano, pokazano, ogłoszono Polakom i światu, kto faktycznie decyduje
i kto wypełnia w Polsce decyzje w sprawach świeckich jak i religijnych. Odczytanie
przez Macharskiego listu od Jana Pawła II z papieskim błogosławieństwem dla
Miłosza i zebranych na tej uroczystości, przyjąłem z głębszym zastanowieniem
nad jego treścią i intencją.
Z oficjalną inicjatywą pochowania Miłosza na Skałce, wystąpiło grono intelektualistów
i osób z autorytetem publicznym. Poparł ją także „Tygodnik Powszechny"
– poinformowano. Tę „elitę” świecką i religijną zobaczyliśmy i usłyszeliśmy,
dzięki zaangażowaniu pokaźnych środków finansowych, technicznych i
propagandowych.
Wśród popierających znaleźli się także Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego,
prof. Franciszek Ziejka, a także dyrektor Instytutu Polonistyki UJ, prof.
Jacek Popiel, który zredagował list, pod wyzywającym tytułem „Nie
cofają się przed niczym, aby zohydzić osobę wielkiego Poety” i zadbał
o podpisy niektórych profesorów oraz Rektora.
Sygnatariusze listu odcięli się od krytyków nie szczędząc słów
niechęci i wręcz wstydu, że były pracownik UJ, obecnie emerytowany, dr hab.
Jan Majda, ośmielił się krytykować Miłosza. (Jan Majda, „Karol Wojtyła, Wiesława
Szymborska, Czesław Miłosz”, Wydawnictwo Zakonu Pijarów, 2002. Kraków
, oraz późniejsze artykuły).
Prezentacje dla ludu
Wydarzenie zaprezentowały nam środki masowego przekazu należące do aparatu
wykonawczego, akcentując wielkość Miłosza i doniosłość tego wydarzenia. Nie
jestem przekonany, że osoby, które zabrały głos, wysławiając Miłosza
na tej uroczystości, znają jego twórczość i działalność. Jeśli nawet
znają, to lokalna „poprawność polityczna” zobowiązywała ich do dostosowania
jej do „globalnej poprawności”, którą jest bezwzględna walka z wartościami
narodowymi i propagowanie ekumenizmu, - „nowego ekumenizmu”, czyli „Boga
uniwersalnego”, opartego na „korzeniu” judaizmu. (Abp. Jean-Marie Lustiger.
(wywiad) „Skoro tak trzeba”. Znak 1983.nr. 339- 340). We francji: Debat.
nr.20, 1982), oraz w prasie Izraela )
Jednak od profesorów, a tym bardziej tych, z Instytutu Polonistyki
UJ, spodziewałbym się rozeznania w sytuacji polityczno-społecznej, a co za
tym idzie – obiektywności.
Przygotowaniem i zaprezentowaniem materiałów Miłosza dla „poprawnych
elit” zajął się Michnik w „Gazecie Wyborczej”, wraz z siostrzanymi wydawnictwami:
„Rzeczpospolita”, „Wprost”, czy „Tygodnik Powszechny”.
Właściwie nie było potrzeby czytania tych peanów. Wystarczyło znać
nazwiska autorów. Oczywiście nie zabrakło głosu ks. bpa Pieronka,
dla wywołania wrażenia, że to także polski Kościół. Nie, polski Kościół
katolicki to nie tylko ks. bp. Pieronek, kard. Glemp, abp Macharski, czy
nawet paru innych biskupów. Mieliśmy w naszej historii lud, który
śpiewał, kogo sobie powiesi, co zresztą zrobił nie tylko u pasa, kiedy poczuł
się zdradzony: "mamy taki guz u pasa. Powiesim sobie na nim Króla
i Prymasa."
Wspomniano o sprzeciwach, wiążąc to ze znanymi już i typowymi w takich wypadkach
słowami, skrajni, fundamentaliści katoliccy, kołtuny, ekstremiści, Młodzież
Wszechpolska, Radio Maryja – jako uosobienie ciemniactwa. Wspomniano
także bezrobotnych, jako tych w oczach „elity” propagandowej, którzy
zasługują na pogardę i także usiłują zohydzić wielkiego poetę.
Kontrowersja?
Krytyków Miłosza spotkała papuzia „krytyka”. Pod adresem Miłosza nie
ukazał się żaden głos krytyczny w „obiektywnych” mediach. Zbijanie krytyki
Miłosza polega na powtarzaniu zgodnym chórem, jak z okólnika,
że wyjęto z kontekstu pewne zdania, że on nie miał tego na myśli tylko coś
innego – że źle został zrozumiany, że krytyka jest nierzetelna.
W ogóle jest cierpiętnikiem, niezrozumianym, (oczywiście przez krytyków,
ale świetnie rozumiany przez klakerów). W najlepszym razie – był kontrowersyjny.
Jeśli faktycznie zachodzą takie zjawiska w tekście, to zwykle co złośliwsi
nazwą to bełkotem, a łagodniejsi – kontrowersyjnością. Poza tym, może to
być lawiranctwo wrodzone (talent) lub zamierzone zagmatwanie.
„Wybiorcza” i jej siostrzane media „wyłowiły” ogromną ilość słów,
ale znikomą treść stanowiącą o wielkości pisarza.
„Lud Boży”, bez możliwości zapoznania się z działalnością Miłosza,
także będzie bełkotał na jego temat, znając tylko podsunięte przez propagandę
wycinki jego twórczości. Będzie się w nich dopatrywał czegoś dobrego
(to przecież noblista) i nie zaryzykuje własnego zdania.
Zagmatwania
W twórczości Miłosza widzę elementy zagmatwania, ale nie tylko. Wiele
spraw stawia jasno, zdecydowanie, nie pozostawiając nic do interpretacji.
To, że ktoś to interpretuje w specyficzny sposób to jego sprawa.
Odtrącanie wypowiedzi niemożliwych do przyjęcia niby wyjętych z kontekstu
jest tendencyjne. W kontekście, wykraczającym nawet poza akapit, artykuł,
książkę, wypowiedzi nabierają głębszego znaczenia. Ukształtowany umysł i
poglądy widać np. w ...patriotyzm i ojczyzna, czyli wartości zbiorowe.
Jest mi to najzupełniej obce. („Tygodnik Powszechny", 1996 rok).
Miłosz mówił to w 1996 roku, kiedy patriotyzm, ojczyzna, naród
konsekwentnie wyśmiewano. Propaganda lansowała słowo Europejczycy. Dopiero
po 11 IX 2001 roku wyeliminowano tą paplaninę, kiedy słowo patriotyzm stało
się potrzebne rządowi USA do haniebnego ataku na Irak, ustanowienia amerykańskiej
bezpieki Department of Homeland Security i perfidnego prawa przeciw
wolnościom obywatelskim, Patriot Act.
Ludzie starają się wyrazić myśli w precyzyjny sposób, szczególnie
literaci, tak aby nawet zdanie wyrwane z kontekstu stanowiło określoną myśl,
chyba, że mętne wyrażenie ma służyć własnej asekuracji. Niektórzy
mają „talent” w tym ostatnim: ...bo w ciągu ostatnich lat pisałem wiersze
z myślą o nieodbieganiu od katolickiej ortodoksji i nie wiem, jak w rezultacie
to wychodziło. (list Miłosza do Papieża).
Wychodziło, ale przysłowiowe szydło z worka bo to, czym się jest przesiąkniętym
zawsze ujawnia się. U Miłosza ujawniało się od początku, kiedy zaczął myśleć
samodzielnie. Wiedział przecież, na czym polegała rewolucja bolszewicka.
Ujawniało się dalej przez cale życie, kończąc na wypowiedzi odnośnie parady
homoseksualistów w Krakowie.
Miał na myśli to, co mu jest obce. Czym dla niego jest Polska, język polski,
język Mickiewicza i „Pan Tadeusz”. Czym polski Kościół Katolicki,
Matka Boska, literatura polska, Polacy, Polska i co by z nią zrobił, gdyby
dano mu sposób? Niby szacunek dla Mickiewicza, ale zaraz oświadcza,
że „Pan Tadeusz” to martwa natura oraz z czego chciałby wyzwolić Mickiewicza
i Polaków.
Żadna interpretacja ani kontekst niczego nie zmieni. Na nic się zda argument,
że wielki Miłosz miał na myśli coś odwrotnego niż napisał.
Można oceniać pozytywnie jego talent poetycki. Można rożnie interpretować
jego zagmatwania filozoficzne i ideowe, ale obwoływanie Miłosza wielkim Polakiem
uważam za wielką pomyłkę, sterowaną tendencyjnymi nie polskimi wartościami.
Zacięcie literackie i poetyckie oraz dorobek Miłosza są niewątpliwe. Nikt
tego mu nie odbiera, ale oceniać mamy prawo.
Posada na uniwersytecie stworzyła mu idealne warunki do kultywowania predyspozycji
literackich i studiów z historii literatury. (Jak mi wiadomo, Miłosz
miał za sobą studia prawnicze a nie historii literatury.)
Wiele lat pracy na uniwersytecie musiało dawać efekty literackie, naukowe
i publicystyczne. Praca dydaktyczna jest stosunkowo marginalną częścią obowiązków
profesora uniwersyteckiego w zestawieniu z tym, czego uniwersytet oczekuje
w dziedzinie publicystyczno-naukowej. Piszę to dlatego, ze argument
na wielkość Miłosza podpiera się także dorobkiem literackim.
Każdy profesor posiada jakiś dorobek naukowy. Historyk literatury zgłębia
wiedzę w swojej dziedzinie: interpretuje, tłumaczy jeśli zna języki, pisze.
Umiejętności literackie przecież są jego zawodem. Talent poetycki jest tu
bardzo przydatny.
Mamy wspaniałych profesorów – Polaków, którzy pracą
naukową i publicystyczną na obczyźnie wnieśli ogromny wkład dla Polski, Polaków
i nauki w ogóle. Czy nie zasługują na największe uznanie bez kontrowersyjności?
Skromność i wstręt tych ludzi do aktualnych poprawności politycznych, w przeciwieństwie
do Miłosza, stanęły na drodze do uznania. Międzynarodowe media, które
ustawiły Miłosza na piedestale, nie znają i nie chcą znać tych ludzi.
Zohydzenie
„Gazeta Wyborcza” zna definicję peanu i odpowiednio dobrała artykuły.
Obiektywności próżno tam szukać, ale oczekujemy jej od profesorów-specjalistów
literatury polskiej z UJ.
Analiza twórczości nie ogranicza się do formy, gatunku, wartości literackich
i językowych. Nie może być oderwana od epoki i miejsca, prądów literackich
i społeczno-politycznych, no i przede wszystkim – treści, która wypływa
z tego wszystkiego.
Utytułowani specjaliści z UJ nie wpłynęli w taki sposób na liczne
artykuły w Wybiorczej. Jeśli zatytułowali oni swój list przeciw krytykom
Miłosza „Nie cofają się przed niczym, aby zohydzić osobę wielkiego
Poety”, trudno się dziwić ich stronniczości.
Język Polski jest dość bogaty żeby znaleźć odpowiednie słowa dla określenia,
zjawisk czy myśli. Widocznie było to za trudne dla autora i sygnatariuszy
listu. Jeśli krytykę nazwali zohydzaniem, to znaczy, że ci specjaliści języka
polskiego nie posiadają w swoim słownictwie bardziej odpowiedniego słowa.
Człowieka szlachetnego nie da się zohydzić. Tak usiłowano i dalej robi się
z wieloma szlachetnymi osobami. Księdza Kolbe i wielu innych zamordowano
dlatego, że byli szlachetni. Szlachetność Jerzego Popiełuszki i wielu innych
księży była nie do zniesienia dla „elit”. Nie występowali z protestami, że
usiłuje się tych księży zohydzić. Takich ludzi nie da się zohydzić, więc
„elity” zamordowały ich. Miłoszowi nigdy to nie groziło.
Niektórzy zohydzają sami siebie swoim postępowaniem, wypowiedziami,
działaniem. W oczach Polaków, Miłosz zohydził (określenie sygnatariuszy
listu przeciw krytykom Miłosza) sam siebie w nader widoczny sposób.
Dla Litwinów, zohydził sam siebie: ogłaszał się Litwinem i
czuł do Litwy sympatię, ale nic dla niej nie zrobił. Wolał nawet pisać w
polskim języku, ponieważ wartości narodowe były mu obce.
W oczach ideowych komunistów, zohydził siebie, wybierając zbrodniczy
żydo-sowietyzm, a w oczach żydo-sowietów – wybierając „wolność” na
Zachodzie.
Wobec polskiego Kościoła, zohydził się wypowiedziami.
Wobec Zachodu – kolaboranctwem z żydo-sowietyzmem. Co prawda Giedroyc go
przyjął, a później także towarzysze z Berkeley przypuszczając, zresztą
słusznie, że może być przydatny. Czuł się tam jednak wyalienowany.
Ze stajni do Pałacu Kultury i Nauki
Cóż więc mu pozostało poza wierną mową z towarzyszami w Polsce
i pociotkami Borejszy, w którego „stajni” się żywił, a za pomoc w
kieracie dostał posadę w Paryżu? Jerzy Borejsza (Goldberg) był komunistycznym
dyktatorem prasy i kultury, bratem osławionego kata bezpieki, Jacka Różańskiego.
Literatów wokół Borejszy zwano stajnią Borejszy, częścią
wszechwładnej kliki żydo-sowietów.
Pod koniec życia, musiał jednak odczuwać satysfakcję. Uznano mu wkład w budowę
„Globalnego Porządku Świata”, "nowego ekumenizmu" i „Boga Uniwersalnego”,
a za pomoc w rozwaleniu niepotrzebnej już struktury Sowietów,
dostał Nobla i peany.
Nawet po śmierci doczekał się Skałki, no ale to już nie jego zasługa i mam
nadzieję, że nie na długo. Spodziewam się uroczystego przeniesienia sarkofagu
do specjalnej krypty w Pałacu Kultury i Nauki.
Zwątpienie
Michnik w jednym ze swoich artykułów „tłumaczy” wiersz, poniżej,
jaki to Miłosz był wtedy biedny: myślał nawet o samobójstwie. Wiersz
powstał po okresie wysługiwania się stajni Borejszy, kilka lat po wyborze
wolności.
MOJA WIERNA MOWO
Moja wierna mowo,
służyłem tobie.
Co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami,
abyś miała i brzozę i konika polnego i gila
zachowanych w mojej pamięci.
Trwało to dużo lat.
Byłaś moja ojczyzna bo zabrakło innej.
Myślałem że będziesz także pośredniczka
pomiędzy mną i dobrymi ludźmi,
choćby ich było dwudziestu, dziesięciu,
albo nie urodzili się jeszcze.
Teraz przyznaję się do zwątpienia.
Są chwile kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie.
Bo ty jesteś mową upodlonych,
mowa nierozumnych i nienawidzących
siebie bardziej może od innych narodów,
mowa konfidentów,
mowa pomieszanych,
chorych na własna niewinność.
Ale bez ciebie kim jestem.
Tylko szkolarzem gdzieś w odległym kraju,
a success, bez lęku i poniżeń.
No tak, kim jestem bez ciebie.
Filozofem takim jak każdy.
Rozumiem, to ma być moje wychowanie:
gloria indywidualności odjęta,
Grzesznikowi z moralitetu
czerwony dywan podściela Wielki Chwal,
a w tym samym czasie latarnia magiczna
rzuca na płótno obrazy ludzkiej i boskiej udręki.
Moja wierna mowo,
może to jednak ja musze ciebie ratować.
Wiec będę dalej stawiał przed tobą miseczki z kolorami
jasnymi i czystymi jeżeli to możliwe,
bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno.
Berkeley, 1968
Michnik widocznie uważał, że Polacy dopiero po przeczytaniu jego tłumaczenia
zrozumieją ten wiersz. Czyżby obawiał się że inni mogą ten wiersz inaczej
zrozumieć?
A no mogą. Polska mowa jest tak uboga, że trzeba było Miłoszowi ją wzbogacać.
Na nic się zdały jego wysiłki. Musiał jednak w niej tkwić, bo nie miał innej.
Tym bardziej cierpiał, że nie miał z kim porozumiewać się nią. Litewskiego
prawie nie znał, a nawet gdyby go znał, to nie odpowiadał on aspiracjom Miłosza,
podobnie jak jidisz. Cóż więc mu pozostało poza polskim językiem?
Zabrakło mu ludzi dobrych wśród Polaków, czyli ludzi, którzy
porozumiewali się tą mową, jego mową, mową ludzi dobrych.
Słowem, zmarnowane życie. Nawet Słonimski odwrócił się
od Miłosza, co go mocno zabolało.
Zwątpienie. Konkluzja jasna, nie pozostawiająca domysłów co do samej
mowy i jej użytkowników. Miłosz zapomniał jednak dodać, że ci, na
których najbardziej się zawiódł w tym okresie, łącznie ze Słonimskim,
to głównie nie Polacy, a Żydzi posługujący się jego wierną mową.
Pozostała mu tylko ta mowa, ponieważ najlepiej ją znal w porównaniu
do innych i (jaki biedny!) musiał się nią męczyć.
Konkluzja końcowa: Miłosz podejmuje się trudu ratowania jej, daje jej czyste
kolory, pewnie w rozmowach z członkami stajni Borejszy, bo innych
nie miał do rozmowy.
Inna osobliwość
We fragmencie o Polsce, Miłosz opisuje swoje życie, m.in. po upadku
Powstania Warszawskiego: ...gotów byłem twierdzić, przyznaję się
szczerze, że nad tym właśnie kawałkiem Europy ciąży przekleństwo [...] gdyby
mi dano sposób, wysadziłbym ten kraj w powietrze („Rodzinna Europa”,
WL, Kraków, 1994, str. 253-254).
Nie przychodzi mu na myśl wysadzić w powietrze sprawców tych cierpień,
lub Rosji, żeby tamta ziemia nie męczyła się w procesie rzezi dziesiątek
milionów swoich własnych mieszkańców. Ani wysadzenie w powietrze
całej Litwy, która nie była wolna od tragedii zydo-sowieckiego ludobójstwa.
W tym uczuciu ogromu tragedii i własnej niemocy, Miłoszowi przychodzi na
myśl wysadzić w powietrze właśnie ten kawałek Europy, na którym
ciąży przekleństwo – żeby naród się więcej nie męczył, żeby przestał
istnieć i śladu nie zostało po zastygłych kapliczkach.
Dość to osobliwe, jak na wielkiego poetę, a na tej osobliwości nie
kończą się kontrowersyjności Miłosza. Komentowanie ich wybiegłoby
poza pojemność tego artykułu.
Wieczny odpoczynek i spokój racz mu dać Panie. Niech spoczywa w pokoju
ale nie na Skałce bo na Skałce nie będzie miał spokoju. Dajmy więc mu miejsce
tam gdzie będzie miał spokój święty, być może w Pałacu Kultury i Nauki
w Warszawie lub w jednym z ponad stu muzeów holokaustu.
(Bardzo dziękuję Panu Piotrowi Beinowi za współpracę w zredagowaniu
tego artykułu.)
Wojciech Właźliński
6.X.2004
netpol@interaccess.com
http://homepage.interaccess.com/~netpol/POLISH/public/Milosz2.html
netpol@interaccess.com
PoloniaNet, powrot