Opowiadanie z cyklu "Przyjaciel z ogonem"
PUSZCZA A CHOLESTEROL
Podwyzszony poziom mojego cholesterolu (230mg) zbiegl sie zupelnie
przypadkiem z nastaniem wiosny i pierwszych w tamtym roku cieplych,
slonecznych dni.
Po dlugiej i mroznej zimie spedzonej w wysoce niehigieniczny sposob,
bowiem przyjaciel z ogonem wytrzymywal na spacerze zaledwie pol godziny
a czesto po paru minutach biegania po zsypanych sola ulicach, stawal
zupelnie niespodziewanie podnoszac do gory lape z niema prosba o oczyszczenie
jej z piekacej soli. Najsmieszniej wygladal z tylna lapa zadarta do
gory w rozpaczliwym gescie domagajacym sie natychmiastowej pomocy.
Bez mojej interwencji nie ruszal sie z miejsca, trwal nieporuszony i czekal.
Mroz, snieg, slone ulice nie sprzyjaly spacerom.Trzymaly nas mocno w domu,
glownie na kanapie. Przyjacielowi przybywalo sadelka, mnie rosl poziom
cholesterolu; oczywiscie tego zlego.
W kwietniu aura stala sie dla nas laskawsza, postanowilam wiec przeciwdziala
c ostro zimowym zaniedbaniom i kupilam rower. Przyjaciel, rasy jamnik
krotkowlosy, odniosl sie z sympatia do nowego zakupu wietrzac w nim pretekst do czestszego wychodzenia z domu, jako ze sprzet ten widywal przedtem wylacznie na dworze.
Kojarzyl szelma prawidlowo! Wygladalo ze nawet go polubil, kiedy idac
pieszo prowadzilam rower, jamnik ochoczo biegl przodem i zalatwiajac swoje
psie sprawy, czujnie kontrolowal od czasu do czasu czy aby nadazam.
Sprawa wygladala zupelnie inaczej kiedy rozpoczelam jazde.
Staralam sie jechac maksymalnie wolno, z kolei ja kontrolowalam czy on
nadaza, ale wytrzymywal pogon za rowerem zaledwie przez pare minut,
poczym siadal na srodku, obojetnie czy to byl chodnik, czy jezdnia i nie
bylo sily zeby wymoc na nim jeden krok wiecej.
Wiedzial dobrze, ze w koncu zauwaze, ze go nie ma za tylnym kolem i
zsiade z tego diabelskiego roweru. No i jak zwykle mial racje. Zsiadalam,
ale nie on do mnie podbiegal, tylko ja musialam do niego wracac i zeby
zachecic do dalszego biego-spaceru, opwiadac przerozne milo brzmiace rzeczy
dla mego przyjaciela. Oczywiscie przyjaciela z ogonem. A te milo brzmiace
obiecanki wygladaly tak:"Chodz Szoguniu (zdrobnienie od Szogun, prawda
jakie piekne imie dla jamniora?) chodz, pojdziemy do lasu, bedziesz
szukal myszek". Slowa -las i myszka - odmieniane we wszystkich przypadkach
zawsze dzialaly na mojego psa jak iskra, jest on najwiekszym,
najwspanialszym lowca myszek, ze wszystkich znanych mi jamnikow,
jamniczkow i jamniorow na swiecie. Byla jeszcze jedna przeszkoda,
daleko powazniejsza od awersji Szoguna do biegow maratonskich za
rowerem, mianowicie rzecz dziala sie w Warszawie, na Bielanach
i ze wzgledu na bezpieczenstwo pupila, wlaczalismy sie do miejskiego
ruchu chwilami, postanowilam wywozic psa za miasto na rowerze,
a dopiero w warunkach puszczy Kampinoskiej, zwracac mu droga wolnosc,
gdzie z cala pewnoscia nic juz mu nie moglo zagrozic.
Wywiezc psa za miasto na rowerze, latwo powiedziec, trudniej wywiezc.
Ale jak wiadomo powszechnie, potrzeba jest matka wynalazkow.
Do bagaznika nad tylnym kolem przymocowalam plastikowy kontener,
sluzacy do transportu butelek z mlekiem, w to urzadzenie wpakowalam
jamnika, ktory odniosl sie bez entuzjazmu do nowego srodka lokomocji.
Wyraznie dawal mi do zrozumienia, ze wygodniej byloby pojechac do lasu
samochodem. Ze chodzi rowniez o moj cholesterol, nie mogl pojac;
inteligencja psia siega jednak do pewnych granic. Kiedy prowadzilam
rower idac obok pieszo, Szogun znosil podroz z niemym wyrzutem, widac
to bylo po oczach, ale jak tylko rozpoczelam jazde, wyskoczyl na chodnik,
stanowczo odmawiajac udzialu w walce z wlasnym sadlem i moim "zlym"
cholesterolem.
Przyuczenie do podrozowania w plastikowym kojcu zajelo
nam trzy dni, trzy dni wypelnione intensywnym treningiem polaczonym z
lagodna perswazja. W koncu zrezygnowal z wyskakiwania w biegu i jazda
"do lasu na myszki" odbywala sie bez przygod. W lesie natomiast
w Szoguna wstepowal duch polujacych przodkow (?) i wykazywal ogromna
energie i niegasnacy zapal. Biegal dzielnie za rowerem, bez najmniejszych
oznak zmeczenia. Oczywiscie stosowalam odpowiednie przerwy, zreszta
siodelko w miom skladaku nie nalezalo do najwygodniejszych, a poza tym
bardzo prozaicznym powodem, przyjemnie bylo chodzic po puszczy i patrzyc
na kwitnace bazie, kaczence, sluchac spiewu ptakow i oddychac zapachem
lasu, czasem pomarzyc w samotnosci...
Na jednym z takich wiosennych spacerow, jechalam wtedy na rowerze, a pies biegl przodem po drodze rozdzielajacej podmokle tereny, gwaltownie, przypuszczalnie wiedziony wechem, skrecil z drogi w bok wprost do wody. Jamnik, jak wiadomo, za woda nie przepada, do tego stopnia, ze jak pada,
to moze caly dzien nie siusiac,wiec zdziwiona zeszlam z roweru zeby
sprawe zbadac, czyli odkryc przyczyne naglej sympatii jamniora do wody.
Mimo wypatrywania nic nie zwrocilo mojej uwagi, ot bagno, woda stojaca,
teren podmokly, wierzba polozona nad samiuska woda, tak ze galezie
siegaja jej lustra, zarosniete wszystko, dziko... A Szogun to brodzi,
to plynie, prosto jak po sznurku do jakiegos sobie tylko znanego celu,
nawet sie nie obejrzy na pancie.(Pancia to ja). W koncu zobaczylam.
W galeziach wierzbowych, zamaskowana, upodobniona do otaczajacego ja
srodowiska, siedzi na gniezdzie dzika kaczka. To do niej wybral sie moj
mysliwy. Widze kaczka ma smierc w oczach, instynkt macierzynski na
jajkach ja trzyma, a serce pewnie ze strachu bic przestaje... Wolam do
Szoguna: Szogun wroc!!! Na dzwiek mego glosu, kaczka zerwala sie
z gniazda, pozostawiajac 11 jajeczek na pastwe potwora w psiej skorze.
Szogun wroc!!! Powtorzylam komende, nawet sie odwrocil i spojrzenie mi
poslal,takie jakby - zaraz bede, za moment-... podplynal do gniazda,
obwachal tylko jajeczka, a kaczka krzyk ogromny nad nim podniosla,
i juz wracal do panci caly mokry i bogatszy nowym doswiadczeniem.
Musial wysluchac wykladu pt: NIE WOLNO RUSZAC KACZUSZKI. Wygladalo
ze przyswoil.
Epilog tego wydarzenia nastapil w dwa dni pozniej.
Jestesmy znowu w Kampinosie, na drodze pomiedzy mokradlami.
Szogun z klusa przechodzi w galop i latwo wyprzedza rower.
Lapie wiatr, gna do kaczuszki. Brodzi, plynie...Kaczka jest na gniezdzie,
siedzi jak posag, nie drgnie. Tym razem nie odwoluje Szoguna.
Juz jest przy niej, chce wyjsc z wody po lozach, robi sie najdluzszy,
wyciaga sie, kaczka siedzi bez ruchu, zniza lebek, dziob nieomal dotyka
psiego nosa....I juz, po wszystkim, Szogun wraca szczesliwy,
chlapie sie przez mokradlo, kacza mama siedzi dalej i grzeje
11 jajeczek, bezpieczna.
DOBRY PIESEK NIE RUSZA KACZUSZKI, powtarzam wyklad sprzed dwoch dni.
A mysle sobie -dobry mysliwski piesek- rusza dzika kaczuszke,
ale przeciez glosno nie moge tego powiedziec, a nuz szelma pojmie?
Wracajac do mojego cholesterolu, to po trzech tygodniach
codziennych wycieczek rowerowych z Bielan do Kampinosu, oczywiscie z
nieodlacznym przyjacielem z ogonem",spadl do 160mg, bez jakichkolwiek
ograniczen dietetycznych. Ruch, naturalnie ruch powodujacy zmeczenie,
we wszystkich mozliwych formach dziala zbawiennie nie tylko na nas ludzi,
ale tak samo na naszych czworonoznych przyjaciol "z ogonami".