Z cyklu "Przyjaciel z ogonem"
Precz z samcem!
W tamtym wnetrzu wszystko bylo piekne, idealnie zharmonizowane zarowno pod wzgledem stylu jak i kolorow. Kolory bowiem nadawaly ciepla atmosfere i tworzyly tlo dla kosztownych bibelotow, orientalnych malowidel na jedwabiach oprawianych w stare zimmlerowskie ramy, alabastrowych rzezb i cudownie lekkichchinskich mebli - inkrustowanych kolorowymi gatunkami drewna i macica perlowa. Przez obszerne okna wpadalo poranne slonce; przegladajac sie w weneckim lustrze, ktorego zwienczenie stanowil ornament z szafirowego krysztalu, znajdujacy echo w szafirach nieco jasniejszych, aczkolwiek nie krysztalowych - bo z welny z ktorej utkany byl niezwyczajnej dzis urody kobierzec.
Stara pani siedziala w glowie dlugiego stolu w jadalni spozywajac pierwsze sniadanie. Trzymala sie prosto przy stole, pomimo swoich 96 lat, i z apetytem, nieslychanie wolno przezuwajac kesy, zblizala sie do konca konsumpcji. Jej wzrok przesuwal sie bez zainteresowania po luksusie jaki ja otaczal, przywykla do tego codziennego piekna - sama stanowiac integralnaz nim calosc.
Nagle cos zwrocilo jej uwage, cos dzialo sie za oknem, na szerokiej balustradzie balkonu...Przycisnela dzwonek lezacy na stole, przywolujac ten sposob swoja sluzaca. Po chwili zjawila sie w jadalni dziewczyna w niebieskiej sukience, przepasana malenkim koronkowym fartuszkiem, z uprzejmym usmiechem gotowa natychmiast spelnic zyczenie starej pani.
Tym razem polecenie bylo dosc zaskakujace, bowiem dama prosila o zidentyfikowanie sytuacji na balustradzie balkonu, ktora z jej pozycji zajmowanej przy stole nie dawala sie do konca wyjasnic.
To wiewiorka, prosze pani - powiedziala dziewczyna, pewnie jest glodna, jest duzy mroz na zewnatrz...Dodatek o mrozie mial na celuporuszenie litosci w starej pani, ktora generalnie nie zywila sympatii do zadnej zwierzyny; gloszac przy kazdej okazji ze nienawidzi,( doslownie) gawronow, bo sa czarne, czipmankow i wiewiorek bo niszcza drzewa i kwiaty, za ktore ona musi placic, psow bo brudza w windzie i na chodnikach, wezy, bo sa sliskie i t.d. i t.p.
Moze ten duzy mroz na zewnatrz, uczucie sytosci po smacznym sniadaniu, a moze cos innego, spowodowalo, ze stara pani polecila nakarmic wiewiorke i to w dodatku natychmiast, warunek postawila jedyny- nie wolno otwierac drzwi na balkon, bo ucieka cieplo z mieszkania...
Inka, sluzaca starej damy, przyniosla z kuchni garsc krakersow pomieszanych ze swiezo luskanymi orzechami wloskimi i zdobywajac przy tym sprawnosc harcerska najwyzszego stopnia umiescila na balustradzie balkonu poprzez uchylone okno od jadalni.
Wiewiorka zabrala sie ostro do jedzenia, wyraznie preferowala orzechy, krakersy zostawiajac na potem. Pani usadowila sie wygodniej obserwujac glodna wiewiorke i zaczela wyglaszac stosowne uwagi na temat domniemanej plci i wieku swojej nowej stolowniczki. Sniadanie przeciagnelo sie o prawie godzine.
W miedzyczasie Basia, bo tak Inka nazwala wiewiorke, stoczyla walke z drugim egzemplarzem swojej rasy, nie dopuszczajac jej do stolu, nastepnie z kilkoma gawronami wykazujacymi checi partycypowania w uczcie, a kiedy zaczela znosic w pyszczku kawalki krakersow i zakopywac w sniegu, znaczy byla syta - ptaki wyczyscily balustrade i widowisko zostalo zakonczone.
Od tego dnia poranne posilki starej damy przeciagaly sie w nieskonczonosc, nabierajac charakteru telewizyjnych "Spotkan z przyroda". Menu stolownikow stanowilo glownie ziarno slonecznikowe, zakupione na ta okolicznosc w pobliskim sklepie. Wygladalo ze wszyscy sa zadowoleni, towarzystwo przychodzilo i przyfruwalo pol godziny przed czasem karmienia i rozroslo sie do wcale pokaznej gromadki. Prym jednak wiodla Basia, bijac wszystkie inne na glowe. Zadnej galanterii, uprzejmosci czy manier w stosunku do rodziny czy dalszych krewnych, zadnych zobowiazan. Basia byla zawsze pierwsza przy oknie, kiedy Inka spozniala sie z karmieniem potrafila drapac w okno, co pobudzalo stara pania do smiechu. Basia miala w czasie zimy piekne puszyste futro i nadlamany ogonek, po ktorym byla rozpoznawana.
Dopiero na wiosne, kiedy zaczely wiewiorki szczuplec, czyli liniec, pokazala i to bardzo wyraznie swoja meskosc. Stara pani byla mocno zbulwersowana, bowiem jej solidarnosc z plcia piekna siegala nawet do swiata zwierzecego, zazadala zmiany imienia dla Basi, tudziez interwencji Inki przy stole, czyli balustradzie balkonowej. Interwencja miala polegac na dopilnowaniu nalezytego dokarmiania samiczek i dyskryminacji samcow, ktore jak twierdzila dama, maja i tak w zyciu lepiej i lzej. Polecenie, niestety bylo niemozliwe do spelnienia bowiem inne wiewiorki nie chcialy, demonstrowac swojej plci.
Gdzies tak pewnie w polowie lutego przestaly sie interesowac jedzeniem, natomiast uprawialy nieopisane harce i gonitwy po okolicznych drzewach. Trwalo to pelne cztery dni i w tym czasie zadna wiewiorka nie przychodzila jesc. Pewnie im nie smakuje ziarno slonecznikowe - zawyrokowala stara pani, ktora ze wzgledu na zaawansowany wiek <96> nie przywiazywala zbytniej wagi do spraw natury seksualnej, ale pamietaj, mowila do Inki, jak znowu przyjda, pedz samce!!!